Woodstock 2014

by - 14.8.14

Zapraszam do notki, którą napisałam w większości dzień po powrocie.




W sumie to nie wiem od czego zacząć? Może od SIEMA!
Postanowiłam napisać trochę o najpiękniejszym miejscu na świecie jakim jest Woodstock, póki jestem paręnaście godzin po powrocie z tego zajebistego miejsca i jeszcze za dużo mi nie umknęło z pamięci. 
Z pisaniem u mnie jest różnie, więc jeżeli czytacie ten post, to znaczy że udało mi się jednak nie zmienić zdania i kliknąć "opublikuj". Tak, wiem że się cieszycie :)


Niestety jak co roku dni spędzone na Przystanku Woodstock lecą  jak z bicza strzelił i trzeba wrócić do rzeczywistości.


Dla mnie festiwal zaczął się w czwartek, kiedy przyjechałam z obstawą, czyli z moim bratem i chłopakiem :) Nie, zapomniałam!! Zaczął się w czwartek o 6 rano, ale tuż przed wyjściem mój chłopak zatrzasnął się w pokoju. Na szczęście ma jakieś ukryte zadatki na spider mana i udało mu się wyjść przez okno na dach i wejść do domu przez małe okienko na stryszku. Czy powinnam wspomnieć o tym, że cały czas żałowałam, że nie zrobiłam mu zdjęcia jak wspinał się po dachówkach do okna na strychu? Czy z powodu takich myśli jestem złym człowiekiem? :P
Jadąc po mojego brata na odcinku mierzącym 4 km jakiś nierozsądny Pan (żeby nie pisać przekleństw) próbował zakończyć nasz wyjazd wjeżdżając w nasz samochód i oczywiście od mojej strony, bo jestem chyba magnesem na wszystkie nieszczęścia! W ostatniej chwili powstrzymała go chyba niewidzialna "ręka" latającego potwora spaghetti!
Początek relacji a już tyle emocji, później o dziwo będzie spokojniej :)

Dobra wracam do festiwalu:) 
Z racji tego, że 2-3 dni wcześniej przeglądając Facebooka znalazłam post dotyczący darmowego parkingu, który udostępnił Bla Bla Car, mieliśmy super miejscówkę na samochód, parę metrów od Toi Camp'a, na którym zawsze śpimy. 
Niestety chyba przez niedobór jakiejś klepki nie zrobiliśmy wcześniejszej rezerwacji (na Toi Camp'a) i jechaliśmy z małą obawą, że nie będzie dla nas miejsca na polu. Dla tych, którzy nie wiedzą co to Toi Camp już tłumaczę. To pole, które jest płatne, ma swoją osobną strefę gastronomiczną (swoją drogą wybór jedzenia powinien być trochę większy i lepszy) a przede wszystkim ma kabiny prysznicowe, ze wszystkim z czego normalny człowiek korzysta na odzień, czyli lusterko, umywalka i to za czym przepadają chyba wszystkie dziewczyny - są toalety, a nie dziury z bogatą zawartością, które mają spłuczki i przez zwiększą część czasu ładnie w nich pachnie! Łuhu! Szaleństwo, czy ja dalej piszę o Woodstocku? :) 

Po przyjeździe okazało się, że nie ma dla nas miejsc! Skwar lał się z nieba, mijało nas miliard osób, a ewentualne rozłożenie się na głównym polu graniczyło z cudem, ponieważ już we wtorek informowano, że woodstockowe pole pęka w szwach. Koniec końców udało nam się jakiś czas później kupić miejscówki, a w międzyczasie mój obrotny brat załatwił nam miejsce za namiotem PKO, w którym mielibyśmy nawet ochronę (haha). Szaleństwo!
Rozbiliśmy się, poszliśmy na otwarcie, które co roku wygląda praktycznie tak samo, ale zawsze jest tak samo ekscytujące. Moim ulubionym momentem pomimo panicznego strachu przed lataniem, jest przelot Iskier, coś pięknego. Z ziemi wygląda to pięknie, piloci mają pewnie równie piękny widok na festiwal, ale nawet za 10 milionów dolarów nie chciałabym być na ich miejscu :) Pierwszy wykonawca T.Love wypadł bardzo pozytywnie, późniejszych koncertów niestety nie pamiętam, oglądaliśmy je cząstkowo głównie łażąc po terenie festiwalu, obserwując ludzi i popijając whisky z colą (trzeba jakoś godnie rozpocząć te piękne trzy dni, co nie?:) Na koniec dnia oczywiście nie mogło się odbyć bez wizyty w Lidlu i kupieniem czegoś na śniadanie + słodyczy dla mnie, bo dzień bez słodyczy to dzień stracony! Noc w namiocie była dla mnie katorgą, z powodu dużej wilgotności i zimna, przez co nie przespałam pół nocy i trzęsłam się jak galareta pomimo mojego przygotowania jak na wyjazd na Syberię. Ku mojemu zdziwieniu po przebudzeniu na mojej głowie nie było wielkiego afro, ze stertą pokręconych włosów, a to już coś dziwnego po przebywaniu w takich warunkach. Widocznie posłuchały moich modlitw, za co jestem im wdzięczna!





Na drugi dzień żeby tradycji stało się za dość poszliśmy do miasta. Wyobraźcie sobie paręset tysięcy ludzi chodzących po spokojnym Kostrzynie, wśród w większości starszych ludzi. Spokój, tolerancja, super widok. Podziwiam mieszkańców, którzy zmuszeni są pewnie robić zapasy przed festiwalem, jak przed apokalipsą zombie, bo w każdym nawet najmniejszym kąciku widać spragnionych cienia i zimnego picia woodstockowiczów. Tak czy inaczej każdy mieszkaniec Kostrzyna i tak mijał nas z uśmiechem na twarzy.
Byliśmy w sumie na 4 koncertach pod rząd (LAO CHE, ACID DRINKERS, SKINDRED, KY-MANI MARLEY), z małymi przerwami na pójście po piwo. Z tych czterech najbardziej podobał mi się koncert Acid Drinkers i Skindred. Titus pomimo demonicznego wyglądu i psychozy w oczach bardzo pozytywnie zaskoczył mnie kontaktem z publicznością. Zastanawiałam się czy mając tak mocny głos i śpiewając bez żadnego śmiesznego grymasu na twarzy tak samo krzyczy na swoje dzieci w domu. Chciałabym to zobaczyć, a poza tym powinien opatentować swój śmiech :) Skindred super koncert, kontakt z publicznością, a wstawki typu harlem shake rozgrzały publikę do czerwoności! Niestety znowu zawiodłam się na kolejnym z braci Marley. Z tego co się nie mylę przynajmniej od 2012 roku na festiwalu występuje któryś z synów Bob'a, jednak kompletnie nie rozumiem dlaczego widząc tak dużą i zajebistą publiczność przed sobą nie potrafią się przed nią otworzyć.. Na koniec wizyta w Lidlu i nawet udało się dostać bułki!
Dzień zamknął piękny "występ" pana rozbitego niedaleko nas, który zrobił awanturę o jakąś głupotę, która doprowadziła do wywalenia go z naszego pola w asyście deszczu i ochroniarzy. No i Miłosza, który biedny został wplątany w kłótnie swojego głupiego kolegi ("Miłosz nagrywaj!!") i chyba jako jedyny miał kamerę w telefonie, więc został wytypowany do nagrania całej sytuacji mającej pokazać niby niewłaściwe zachowanie ochrony. Biedny Miłosz.



Większość trzeciego dnia spędziliśmy na luzie. Byliśmy na koncercie Jelonka, którego publiczność kocha. Sam koncert był ciekawy, ludzi roznosiła energia i wielki entuzjazm. Niestety dla mnie i moich towarzyszy po tak świetnym koncercie przyszedł czas na zespół COMA. Oprócz muzyki odstrasza mnie od tego zespołu fakt, że ich fani zachowują się często jak większość fanów Linkin Park, a to już nie jest zdrowe. Nie lubię takich smętów i dziwie się zespołom, które wychodząc na scenę takiego festiwalu robią godzinne intro, które prowadzi do jeszcze bardziej monotonnej pierwszej piosenki. Taka sytuacja. W sumie końcowe koncerty nie były jakąś super petardą. Na Manu Chao było szaleństwo, ale koncert przypominał trochę jedną niekończącą się długą piosenkę. Pomimo tego trochę się pogibałam i starałam nie myśleć o tym, że to już koniec:( 


Dzień powrotu opiewał w parę problemów, opóźnień i stresującą drogę do domu, ale daliśmy radę. W sumie ja siedziałam na miejscu pasażera, więc propsy należą się mojemu chłopakowi za bezkolizyjną jazdę w najgorszą pogodę na świecie i mojemu bratu, za to że przeżył powrót pociągiem i wstał rano do pracy!  

Do ostatniej chwili myślałam nad tym czy dodawać relację z Wooda, ale tak jak pisałam gdzieś wcześniej dzięki takim postom lepiej pamiętam co dzieje się wokół mnie, także mam nadzieję, że to docenicie! :P Za wszystkie ewentualne błędy przepraszam, ale o tej godzinie nie potrafię się już skupić!

Ps. Dziękuje za słowa uznania do poprzedniego posta! Każda Wasza opinia daje mi dodatkowego kopa do prowadzenia bloga, także nie bójcie się i piszcie co myślicie!

Zapomniałam jeszcze dodać, że jestem mega smutna, ponieważ nie udało mi się spotkać z paroma osobami, ale pozdrawiam wszystkich, buziaki! :*

You May Also Like

2 comments

  1. serce bolało ze smutku, ale przeczytałam!!!

    szkoda, że tak szybko to leci i nie udało nam się spotkac :*:* Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Marta pisz dużo więcej postów i pokazuj więcej zdjęć, bo lubię tu wpadać ^.^

    OdpowiedzUsuń

Flickr Images

Like us on Facebook

About Me